Zawsze zarzekał się pan, że nie chce statecznej hollywoodzkiej kariery...
Rutger Hauer: Cokolwiek robię, wydaje mi się dobre dla mojej kariery. Rzeczy, które początkowo sprawiają wrażenie, że są bez znaczenia, potem zaczynają procentować. Weźmy "Łowcę androidów". Film nie popchnął mojej kariery. Szybko zniknął w odmętach undergroundowego kina, nikt o nim nie słyszał przez 10 lat. Potem nagle zyskał status kultowego. Raptem znalazłem się w centrum zainteresowania z powodu roli, o której zdążyłem zapomnieć. W sumie miałem szczęście, mogłem zrobić w życiu więcej niż jakikolwiek amerykański aktor. Może dlatego, że szybko pogodziłem się z tym, że nie można mieć żadnych oczekiwań, żadnego planu na siebie. Chyba tylko w ten sposób da się wytrzymać w tym zawodzie tak długo, jak ja wytrzymałem.

Może ma pan jakąś metodę, klucz, wedle którego dobiera role? Na przykład dlaczego wystąpił pan w "Sin City"?
W "Sin City" zagrałem, bo Robert Rodriguez to jest ktoś. Boję się go jak diabli. I o to chodzi. Nigdy nie rozgryzłem zagadki, dlaczego reżyserzy mnie chcą. Nie mam pojęcia, jak to się dzieje, że proponuje mi się jedną robotę za drugą. Plan jest jeden: robić cholernie wykręcone filmy, o których nie śniło się lekarzom z psychiatryków. Tylko to mnie utrzymuje w ruchu. Niektóre okazują się nawet dobre - jak "Sin City". Zaskakujące, prawda? Chyba jestem dziwny.

A co pan ma na myśli mówiąc: jestem dziwny?
Nie chce pani wiedzieć.


Przeciwnie, bardzo chciałabym wiedzieć.
Dobra, więc jestem normalny, tylko nie mam drygu do komercji. Pod tym względem jestem stuknięty. Odkąd uprawiam ten zawód, mam silne przeświadczenie, że większość filmów robi się strasznie staromodnie, że musi być jakaś metoda robienia ich inaczej: szybszego opowiadania, z perspektyw, których jeszcze filmowcy nie spróbowali albo bali się spróbować. Biorę każdy projekt, który wydaje mi się krokiem naprzód dla kinematografii. Owszem, zrobiłem w życiu kilka filmów komercyjnych. Nie żałuję, ale nie jest to też powód do dumy, że robisz coś tylko dla pieniędzy. Kiedy wiem, że robię film, w którym nie mogę przekraczać granic, nie jestem szczęśliwy.

Biorąc udział w projektach eksperymentalnych, zyskuje pan coś jako aktor?
Chciałbym nie dożyć momentu, w którym uznam się za wybitnego aktora. Taki proces trwa wieki. Tak myślę, może jestem opóźniony w rozwoju. Chciałbym reżyserować jak najwięcej, by spojrzeć na swoje aktorstwo z dystansu. Odpowiedzieć sobie na pytanie: jak to jest, że na planie zawsze jest tak samo – tłum obcych ludzi, kilka kamer i scenariusz, a raz wychodzi fatalnie, a raz świetnie.

Zaczynał pan jako aktor w filmie Paula Verhoevena. Parę lat temu zdecydował się on wrócić z Hollywood do Holandii i zrobić "Czarną księgę". Miał pan z nim kontakt od tamtego czasu? Może rozważał pan ponowne filmowe spotkanie w ojczyźnie?
Mnie można kupić. Będę pracował tam, gdzie zaproponują mi coś, co chcę robić. Nie ma czegoś takiego jak powroty w świecie filmowców. Jesteś to tu, to tam, może nigdy nie wyjechałeś naprawdę. 10 miesięcy w roku jestem w pokojach hotelowych. Sądzi pani, że z takiej pozycji można mówić, że gdzieś się mieszka? Szczerze wątpię.


A powroty filmowe? Takie jak wersja reżyserska "Łowcy androidów"?
Z przyjemnością obejrzałem. To teraz zupełnie inny film. Ale aktor nie ma wielu możliwości takiej rewizyty swojej pracy sprzed lat. To zwariowany reżyser albo producent stoją za takimi powrotami.

Zmienił pan kwestię zawartą w scenariuszu w scenie, w której grana przez pana postać umiera. I scena przeszła do historii kina.
Miałem tam mówić monolog. 28 linijek tekstu. Zostawiłem z nich dwie i jedną powiedziałem od siebie: "All those moments will be lost in time... like tears in rain... Time to die". Właściwie wolałbym, żeby w tej scenie nie padało żadne słowo, żeby ludzi zatkało. Pięknie zakomponowana scena filmowa jest dziełem, które nie potrzebuje gadania.

Wciąż ma pan tremę, kiedy zaczyna nowy projekt?
Przy każdym mam taki moment, że wiem, że za chwilę będzie trzeba skoczyć na główkę, i zaczynam mieć dreszcze. Niby wiem, że umiem, a czuję się jak kobieta z napięciem przedmiesiączkowym. Z kolei kiedy jestem w sytuacji takiej jak ta: ludzie przychodzą specjalnie, by poświęcić mi swój czas, chcą rozmawiać o mojej pracy, odnoszą się do mnie z szacunkiem, mam poczucie, że na to nie zasłużyłem. Że powinienem wracać do swojej roboty, a nie grzać się w blasku fleszy. To reżyser powinien to wszystko mieć, tylko on. Bo wykroił sobie kawałek mózgu, by dać to widowni w postaci filmu. Aktor nigdy nie poświęci się tak bardzo.


Jak pan się czuje, kiedy powstają remaki filmów, w których pan zagrał, jak "Autostopowicz"?
Pierwsza reakcja: jak śmieli! Druga: mogli chociaż zapytać o moje zdanie albo poprosić, bym zagrał. Oczywiście wtedy z wyższością mógłbym powiedzieć, że nie. Dlaczego robić po raz drugi film, który był dobry? W dodatku jako szmirę!


Rutger Hauer (ur. 1944), wybitny amerykański aktor urodzony w Holandii. W konkursie tegorocznego festiwalu Plus Camerimage zobaczymy film "Bride Flight" z jego udziałem. Artysta poprowadzi też warsztaty dla studentów łódzkiej szkoły filmowej.