Pierwszy tom trylogii "Millennium" Stiega Larssona uważałem za mało filmowy – ostatecznie szwedzki pisarz odwołał się w nim do schematów literatury kryminalnej w duchu Agathy Christie, a taki zabieg trudno uznać za dobre paliwo dla współczesnego kina sensacyjnego. Okazało się – nie byłem zdziwiony – że racja stała po mojej stronie. Ekranizacja "Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet" w reżyserii Larsa Ardena Opleva miała tempo wozu wypełnionego kapustą. Książka Larssona – choć dość statyczna – była pasjonująca i wielowymiarowa. Twórcy szwedzkiej ekranizacji zdecydowali się wykroić z niej tylko wątek wyspiarskiego śledztwa w sprawie rodziny Vangerów, co ją zbanalizowało. Dobre decyzje obsadowe (zwłaszcza świetna Noomi Rapace w roli Lisbeth Salander) nie uratowały tego słabego filmu.

Wydawało mi się, że drugi tom trylogii, "Dziewczyna, która igrała z ogniem", nadaje się na kinową adaptację dużo lepiej – Larsson skorzystał tu z narzędzi klasycznego thrillera i wyeksponował postać Lisbeth, najbardziej nowatorską figurę kobiecą we współczesnej prozie kryminalnej. Tym razem, przyznaję, nie miałem racji. Środkowa część filmowego cyklu jest ze wszystkich trzech najsłabsza. Niekoniecznie wynika to ze zmiany reżysera ("Dziewczynę..." zrealizował Daniel Alfredson, który firmuje także część trzecią, dużo lepszą), ale, paradoksalnie, z radykalnej zmiany podejścia do materiału książkowego. O ile "Mężczyznom..." zaszkodziła zbytnia wybiórczość, o tyle "Dziewczynie..." szkodzi nadmiar. Za dużo postaci, za dużo wątków, ale za mało czasu. Wiele spraw zostało tu potraktowanych pretekstowo, w sposób niezrozumiały dla widzów, którzy nie czytali tekstu pierwotnego. Owszem, Noomi Rapace nadal jest znakomita, a Michael Nyqvist wciąż wygląda i zachowuje się tak, jak powinien wyglądać i zachowywać się Mikael Blomkvist – wrażliwy i nieustępliwy dziennikarz śledczy. Ale rzecz nie jest, delikatnie mówiąc, satysfakcjonująca, zwłaszcza gdy scenarzysta próbuje swojej kreatywności w zastępstwie nieżyjącego autora. Może tak to już jest, że rasowe thrillery potrafią robić tylko Amerykanie albo ludzie, którzy skubnęli amerykańskiego warsztatu filmowego?


Na koniec przygody ze szwedzką ekranizacją "Millennium" czekało mnie na szczęście miłe zaskoczenie. Gdy akcja filmu w części trzeciej, "Zamku z piasku, który runął", przenosi się do szpitala, sali sądowej i gabinetów agentów lokalnej bezpieki, a opowieść zmienia swój charakter, stając się dramatem politycznym i prawniczym, wszystko z powrotem nabiera sensu. Skandynawowie potrafią opowiadać o delikatnych kwestiach społecznych. Oczywiście, nie sposób było tu pokazać niuansów systemowej krytyki, jaką Larsson wymierzył w szwedzki aparat państwowy, ale nie da się mieć wszystkiego.

Na marginesie tego długiego seansu przychodzi mi do głowy jeszcze następująca refleksja: nic tak nie zmieniło kina kryminalnego ostatnich lat jak telefonia cyfrowa. Komórka Mikaela Blomkvista dzwoni w tych filmach pewnie z 50 razy (nie liczyłem dokładnie). Kiedyś budowało się w filmie napięcie, bazując na ryzykownej niewiedzy bohaterów i ich determinacji w docieraniu do ukrytej prawdy. Teraz załatwia to jeden SMS. Niby ułatwienie, ale ile się traci!