"Sucker punch" oznacza cios zadany bez ostrzeżenia, najczęściej nieczysto, czasami zza pleców przeciwnika. Stąd na plakatach filmu Snydera hasło "Nie jesteś na to przygotowany". Za stosowanie "sucker punch" w boksie grozi dyskwalifikacja, a nawet odebranie licencji. W Hollywood zasady panują jednak inne – podejrzewam, że Zack Snyder nie tylko nie zostanie zdyskwalifikowany, ale dostanie zielone światło dla kolejnych ryzykownych projektów.

Ryzykownych, bo "Sucker Punch" to pierwszy film Amerykanina, który nie był oparty na oryginalnym materiale. Wcześniej Snyder adaptował popularne komiksy ("300", "Strażnicy") lub książki dla młodzieży ("Legendy sowiego królestwa"), zaś debiutował znakomitym remakiem legendarnego "Świtu żywych trupów" George’a A. Romero. Teraz wreszcie w pełni mógł pokazać, na co go stać.

Akcja "Sucker Punch" zaczyna się gdzieś w latach 50., gdy główna bohaterka Baby Doll (Emily Browning) trafia do szpitala psychiatrycznego za próbę zabójstwa ojczyma. Nieważne, że wyrodny opiekun próbował zgwałcić, a ostatecznie zamordował młodszą siostrę dziewczyny – wina za jej śmierć również spada na Baby Doll. Ośrodek, do którego ona trafia, jest zresztą piekłem na ziemi, miejscem okrutnych eksperymentów na chorych psychicznie. Baby Doll chroni się więc w świecie marzeń – najpierw wyobraża sobie, że szpital jest burleskowym teatrem, w którym dziewczęta przetrzymywane są wbrew własnej woli. Potem wraz z czwórką towarzyszek niedoli planuje ucieczkę, muszą tylko zdobyć parę niezbędnych przedmiotów, jak plan szpitala i klucze do cel. A próba pozyskania każdego z nich dla Baby Doll zmienia się w kolejną fantazję: a to trafia na pole bitwy podczas I wojny światowej, a to staje do walki z hordami krwiożerczych orków, wreszcie próbuje powstrzymać pociąg, który wiezie do futurystycznej metropolii bombę jądrową.


Fabuła – skonstruowana nieco podobnie do "Incepcji", wraz z bohaterką wkraczamy w kolejne poziomy jej podświadomości – jest w "Sucker Punch" wyłącznie pretekstem dla oszałamiającego, fantastycznego wizualnego przepychu. Wygląda to tak, jakby Zack Snyder postanowił nagle przenieść na ekran wszystkie mniej lub bardziej zaskakujące pomysły, jakie od dawna siedziały w jego głowie. Pokazać gigantycznych samurajów-roboty? Garstkę pięknych dziewcząt walczących ze steampunkowymi niemieckimi żołdakami? Pojedynek bombowca ze smokiem? Dlaczego nie, trzeba tylko wymyślić, jak to wszystko skleić w jedną całość.

Wszystko jest więc tutaj przerysowane do granic możliwości. Piękne dziewczęta w szkolnych spódniczkach albo wojskowych mundurach wyglądają jak spełniony sen fetyszysty. Czarne charaktery są groteskowo odrażające. Liczne walki, strzelaniny i pościgi nakręcone tak, że Michael Bay powinien spalić się ze wstydu.

Niewątpliwie pod względem realizacyjnym to wielkie kino. Tylko czy to jeszcze film? Tu miałbym wątpliwości. "Sucker Punch" to raczej nowy gatunek rozrywki, połączenie gry komputerowej (tyle że nie mamy żadnego wpływu na losy bohaterów), rozciągniętego do dwóch godzin teledysku (swoją drogą ścieżka dźwiękowa jest tu fenomenalna), surrealistycznych wizji rodem z dzieł Tima Burtona. Coś takiego, co testowali Mark Neveldine i Brian Taylor w dwóch częściach "Adrenaliny", tyle że jeszcze bardziej szalone, rozbuchane, bombastyczne. To czysto rozrywkowy, niewymagający myślenia produkt, którego reguły trzeba z miejsca zaakceptować albo od razu odrzucić. Nie ma trzeciej drogi. Snyder wszak nie zna limitu: wydaje się, że w "Sucker Puch" doszedł do ściany. Nie wiem, czy dobrze świadczy to o reżyserze, a tym bardziej o widzach, którzy kupią jego wizję. Ja, przyznaję, byłem zachwycony.

SUCKER PUNCH | USA 2011 | reżyseria: Zack Snyder | dystrybucja: Galapagos