Wśród ludzi (których szczęśliwie przypominają) odnaleźli swoich opiekunów, a ci Lorienom pomagają zapanować nad ich niezwykłymi – przynajmniej w ziemskich warunkach – mocami. Spokój przybyszów nie trwa długo, Mogadorianie bowiem zaczęli ich powolną eksterminację, a Cztery jest ich kolejnym celem.

Ekranizację powieści Jobiego Hughesa i Jamesa Freya zdążono już porównać do sagi "Zmierzch". Aż tak dramatycznie jednak na szczęście nie jest, choć rewelacji spodziewać się nie należy. "Jestem numerem cztery" to film boleśnie wręcz nijaki, poprowadzony dokładnie według obowiązujących w kinie schematów, marnujący talenty aktorów (jak choćby pojawiającego się na drugim planie Timothy’ego Olyphanta), operatora (Guillermo Navarro) i reżysera (DJ Caruso, twórca m.in. "Niepokoju" i "Eagle Eye").

A najgorsze, że to jeden z tych filmów, które źle świadczą nie tyle o Hollywood, ile o ich potencjalnych odbiorcach. Czasy, gdy młodzieży można było opowiadać inteligentne historie, miną bezpowrotnie wraz z premierą ostatniej części "Harry’ego Pottera".

JESTEM NUMEREM CZTERY | USA 2011 | reżyseria: DJ Caruso | dystrybucja: CD Project