Francois Ozon, ambasador gejowskiego kina, specjalista od zniewolenia przez płeć i konieczność śmierci lubi zapuszczać się w rejony zakazanych uczuć, emocji, pragnień, instynktów.

Ostatnie jego filmy nie powalały. W "Czasie, który pozostał", "Angel" czy "Rickym" próbował wyjść z "dziury ozonowej" własnych dyżurnych tematów, ale popadał za to w tautologiczne manieryzmy, zamykał dylematy w kiczowatych obrazkach, efekciarskich ekscentryzmach i pustych fabularnych woltach. Owszem, wciąż był kontrowersyjny, wciąż prowokował, drażnił, droczył się ze świętościami, ale jakoś bez dawnej przenikliwości.

Przedostatni film Ozona "Schronienie" nieśmiało zapowiada powrót reżysera do wysokiej formy. Wciąż za wiele tu pomysłów dla samych pomysłów, jałowego puszczania oczek. Ale z drugiej strony potrafi też Ozon zakląć w obrazach coś więcej niż tylko pozorowaną tragedię i wykoncypowaną wywrotowość.

Zaczyna się jak zwykle od egzystencjalnej katastrofy. Dwoje młodych ludzi – Mousse i Louis szuka ucieczki w narkotycznym sztucznym raju. Są już w tym stadium, w którym zamknięci w mieszkaniu czekają na dealera. Nie wstają już z łóżka i z trudem znajdują miejsca, w które można wkłuć strzykawkę z heroiną. Louis umiera z przedawkowania, a odratowana Mousse w szpitalu dowiaduje się, że jest w ciąży. Wyprowadza się z Paryża do małego domku nad morzem. Kilka miesięcy później przyjeżdża do niej brat Louisa – Paul.

Ozon jak dawniej świadomie buduje swój film w opozycji do stereotypowych obrazów. Narkotyczny odlot bohaterów motywuje szczątkowo, nie ilustruje ich degrengolady obrazowymi zjazdami, nie prowadzi utartą drogą na dno. Podsyła oszczędnie tropy i wskazówki, z drobiazgów rekonstruuje skomplikowaną, niejednoznaczną sieć osobowości i łączących ich relacji. W wyciszonych, snujących się leniwie kadrach toczy przewrotną grę między Mousse i Paulem. W nawiązywanie bliskości, w przezwyciężanie strachu, pogodzenie się z przeszłością i wiarę w przyszłość.


Oboje usiłują pokonać traumy i emocjonalne rany. I jak zwykle czynią to nad morzem – w niemal pierwotnym, abstrakcyjnym bezczasie. Kluczem do czasu realnego okaże się dziecko. To ono, jeszcze nienarodzone, łączy Mousse z przeszłością, ono determinuje jej fizyczność i ono też odegra swoją rolę w zaskakującym finale. Zresztą, choć niewiele się tu dzieje, nic nie jest oczywiste. Kiedy już wydaje się, że ekranowa psychoterapia przynosi skutki dość przewidywalne, Ozon swoim zwyczajem ostro skręca w inną stronę. Momentami się na tych zakrętach nie wyrabia. Choćby wprowadzając wątek homoseksualny znoszący (choć nie do końca) erotyczne napięcie między bohaterami, sprowadzający ich do figur psychologicznych. Zbyt to klasyczny chwyt Ozona, w dodatku skuteczny tylko do pewnego stopnia.

Bo w "Schronieniu" liczy się to, co ludzkie. To, co w słowach, gestach, spojrzeniach, w niedomówieniach, subtelnych znakach i rzadkich spazmatycznych uniesieniach. Tyle że wrażenie wymyślania zaskoczeń na siłę, wyprania bohaterów z jakiejś części ich kondycji i tożsamości jednak pozostaje. Za bardzo uładzone są tutaj wszystkie lęki, frustracje i żądze i za łatwo przychodzi ich rozbrajanie, by "Schronienie" uznać za dzieło na miarę najlepszych filmów Ozona.

SCHRONIENIE | Francja 2010 | reżyseria: Francois Ozon | dystrybucja: TiM Film Studio